piątek, 28 grudnia 2012

Jodi Picoult - Pół życia


Twórczość Jodi Picoult jest bliska mojemu sercu już od ładnych kilku lat. Na tamten czas nie byłam w stanie określić, czy traktuję publikacje tej autorki jako jednorazową przygodę, która przeminie wraz z nadchodzącą zimą i już nigdy się nie pojawi, a może rozwinie się z tego coś o wiele bardziej dojrzałego i świadomego. Bardzo szybko okazało się, że nie będę w stanie opędzić się od powieści tej pisarki. Złożyło się na to wiele czynników i w dalszym ciągu nie jestem w stanie określić, który z nich sprawia, że gdy tylko widzę nazwisko tej pisarki w zapowiedziach wyd. Prószyński i S-ka, to moje obietnice o niekupowaniu książek, bezpowrotnie odchodzi w zapomnienie i nic nie jestem w stanie na to poradzić. 

"Pół życia" to powieści, która opowiada swoim czytelnikom historię Luke'a Warrena - wysoko cenionego badacza wilków, który dla dobra nauki poświęcił niemalże wszystko, na czele ze swoją najbliższą rodziną. Towarzyszyły mu one już od najmłodszych lat, jednak nawet on sam nie podejrzewał, że jego relacje z tymi zwierzętami, osiągną aż tak zaawansowany poziom. Zaczęło się całkiem niewinnie od uwolnienia z niewoli cyrkowych podopiecznych, by kilka lat później pracować jako dozorca w miejscowym zoo. To właśnie w nim główny bohater rozpoczyna swoje eksperymenty nad naturą wilków i robi niemalże wszystko, aby zostać zaakceptowanym przez tamtejszą watahę. 

Od tamtego momentu mijają lata, a Luke coraz dokładniej poznaje zwyczaje jakie panują wśród tej populacji. W międzyczasie mężczyzna rozwodzi się z żoną, bierze na wychowanie córkę, a także kłóci się z synem, który pod wpływem emocji wyprowadził się na drugi koniec świata. Nieszczęśliwy wypadek głównego bohatera sprawia, że jego rodzina spotyka się w komplecie nad jego szpitalnym łóżkiem, a między Edwardem i Carą zaczyna dochodzić do serii nieprzyjemnych kłótni... Czy rodzeństwu uda się podjąć wspólną decyzję w kwestii dalszego leczenia swojego ojca? Czy wyjaśnią oni sobie nieporozumienia, które przez ostatnie lata otoczyły ich morderczą pętlą? Czy prawda na temat ostatniej woli Luke'a sprawi, że rodzeństwo raz na zawsze zerwie ze sobą kontakt?

Jodi Picoult jest niezwykle zdolną pisarką, która podchodzi do swojej pracy z ogromną precyzją i dokładnie przeanalizowanym planem działania. Sięgając po utwory tej autorki możemy być pewni, że odnajdziemy w nich wiele wartościowych informacji, które wiążą się z omawianym w całości książki problemem. Każda z nich zostaje dokładnie skonsultowana z gronem specjalistów, którzy przeglądają ją pod względem merytorycznym i gdy oni stwierdzą, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, powieść trafia do druku. Dzięki temu możemy mieć pewność, że używane w nich terminy, posiadają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości i nie musimy obawiać się przypadkowego wprowadzenia w błąd, a o to w dzisiejszych czasach naprawdę nietrudno. Tym bardziej cieszę się, że Jodi Picoult udowadnia w ten sposób swój profesjonalizm, choć wiąże się to z ogromnym wysiłkiem.

"Pół życia" to dość specyficzna powieść, która już od pierwszych stron, wywołuje w czytelnikach wiele sprzecznych emocji. Niemalże na każdym kroku poznajemy problemy, z którymi muszą się zmierzyć bohaterowie tej książki i ani przez chwilę nie wydaje się to być przyjemne. Myślę, że nie ma wśród nas osoby, która chciałaby się znaleźć na miejscu Edwarda i Cary. Decyzja o odłączenia Luke'a od aparatury, stanowiła dla nich spore wyzwanie i doskonały powód do kłótni. Każde z nich posiadało własne stanowisko w tej sprawie i kierowało się nieco odmiennymi priorytetami, które niekoniecznie były zrozumiane dla drugiej strony. Duży udział w tym wszystkim miała również ich długoletnia rozłąka, która sprawiła, że dziewczyna nabrała nieco mylnego przekonania na temat wydarzeń, które miały miejsce kilka tygodniu po wyjeździe Edwarda za granice. Relacje między tą dwójką stanowią doskonały dowód na to, że niewyjaśnione sprawy mają swoje odzwierciedlenie w przyszłości.

Siedemnastoletnia Cary przekonała się o tym na własnej skórze. Dziewczyna w jednej chwili straciła niemalże wszystkich członków swojej rodziny. Stanowili oni dla niej ogromne wsparcie, więc gdy Georgie decyduje się na ponowny ślub i rodzicielstwo, nastolatka jest niemalże pewna, że nie ma tam dla niej miejsca i całą swoją uwagę skupia na ojcu i badanych przez niego zwierzętach. Nic więc dziwnego, że broni ona swojego stanowiska w całości sprawy i jest niemalże pewna o słuszności swojego postępowania. Do tego wszystkiego dochodzi również możliwość oddania narządów do transplantacji. Decyzję na ten temat podejmowane są dwutorowo i coraz częściej podejmuje ją osoba, której życzeniem jest przekazanie nadających się do tego organów innym. W tym wypadku sprzeciwy najbliższych po śmierci dawcy nie są brane pod uwagę, jeśli jednak okazuję się, że człowiek nie zadeklarował tego w żaden możliwy sposób, to wszystko zależy od dobrej woli rodziny. Jak w takich sytuacjach powinni się zachować osoby upoważnione do podejmowania tego typu decyzji? Odpowiedź na to pytanie wydaje się być oczywista, jednak czy jest takie w rzeczywistości?

Tak jak wspomniałam na samym początku, Jodi Picoult serwuje swoim czytelnikom ogrom wrażeń i wzruszeń, które pozostają z nimi jeszcze przez długi czas po zakończeniu lektury. Co prawda na samym początku było mi dość trudno wczytać się w treść tej powieści, jednak bardzo szybko różnice te zostały zniwelowane i dalej poszło jak z płatka. Mam nieoparte wrażenie, że różni się ona od pozostałych dzieł amerykańskiej autorki i myślę, że wpływa to jedynie na jej plus. "Pół życia"chciałabym polecić osobom, które lubują się w tego typu pozycjach literackich i jednocześnie nie boją się podejmowania trudnych tematów. Jestem niemalże pewna, że nie pożałujecie czasu, który przeznaczycie na jej przeczytanie i nabierzecie jeszcze większej ochoty na obcowanie z twórczością tej pisarki. Posługuje się ona naprawdę fajnym piórek, które dodatkowo zachęca Moli Książkowych do sięgania po napisane przez nią historie.

Wyd. Prószyński i S-ka, listopad 2012
ISBN: 978-83-7839-382-5
Liczba stron: 464
Ocena: 9/10


poniedziałek, 5 listopada 2012

Nicholas Sparks - Ostatnia piosenka

Swoje spotkanie z poszczególnymi utworami Nicholasa Sparksa, zazwyczaj rozpoczynam od zaznajomienia się z ich adaptacjami. W żadnym wypadku nie jest to zamierzone, ponieważ wychodzę z założenia, że pierwsze skrzypce powinny odgrywać tu książki, jednak w praktyce zawsze wychodzi tak, a nie inaczej. Muszę przyznać, że w przypadku powieści tego autora, nie ma to większego znaczenia. Podobnie zresztą było z pozycją literacką, którą chciałabym przedstawić Wam w dzisiejszej opinii. Mam tylko nadzieję, że uda mi się w niej skupić tylko i wyłącznie na fabule ukazanej czytelnikom w książce, a nie na ekranizacji, która dość mocno się od niej różni. Co mi z tego wyjdzie? Nie mam zielonego pojęcia.

Ronnie Miller to siedemnastoletnia dziewczyna, która nie może sobie poradzić z rozstaniem swoich rodziców. Mimo, że od tego momentu minęło już wiele miesięcy, to w dalszym ciągu buntuje się i nie ma ochoty na odnowienie kontaktu z ojcem, dla którego od zawsze była niezwykle ważna. Nadchodzi dzień, w którym główna bohaterka wraz ze swoim młodszym bratem, udaje się na wakacje do człowieka, którego wolałaby już nigdy w życiu nie zobaczyć. Niemalże na każdym kroku demonstruje ojcu, że nie jest zachwycona z ponownego spotkania z nim. Niespodziewanie na jej drodze pojawia się Will, który z każdym kolejnym dniem, zaczyna ją coraz bardziej intrygować. Czy nastolatkom uda się dojść do porozumienia? Jakie tajemnice ukrywa przed wszystkimi p. Miller? Jak zakończy się ta niezwykła historia?

"Ostatnia piosenka" to utwór, który skierowany jest do nieco młodszych czytelników, a mimo to pozostaje na dość wysokim poziomie. Amerykański autor sprawił, że niejednokrotnie wzruszyłam się i z mocno zaciśniętymi kciukami, dopingowałam bohaterów, którzy znajdowali się akurat na rozstaju dróg. To zadziwiające, jak wiele emocji kryje się w tak niepozornej książce. Po obejrzeniu filmu widziałam, czego mogę się po niej spodziewać i byłam na swój sposób na to przygotowana. W praktyce okazało się jednak, że nie będzie to wcale takie łatwe i nie pozostaje mi nic inne, jak tylko się z tym pogodzić. Oczywiście zdarzały się również momenty, które doprowadzały mnie do śmiechu. Najczęściej dotyczyły one dialogów, jakie nieustannie prowadzili między sobą Steve i Jonah. Gdy ta dwójka pojawiała się na scenie, to wszystko inne przestawało się dla mnie liczyć. Wielka szkoda, że to wszystko skończyło się tak tragicznie.

Podejście autora do pisania tej powieści uważam za bardzo udane. Oczywiście zdarzają się w niej lepsze  gorsze momenty, jednak w całokształcie wygląda to naprawdę imponująco. Ojcu Ronnie gratuluję podejścia do życia i licznych poświęceń, które kosztowały go naprawdę wiele. Wielka szkoda, że na tak długo główna bohaterka utraciła z nim kontakt i musieli odbudowywać łączące ich więzi od samego początku. W między czasie jesteśmy również świadkami uczucia, które zaczyna się rodzić między główną bohaterką, a Willem. Wspólnie z nimi przeżywamy wzloty i upadki, które związane są zarówno z jego osobowościami, jak i również z osobami, które życzyły im jak najlepiej. "Ostatnia piosenka" to również historia o szeroko pojętym cierpieniu i nieustannej walce z czasem. To właśnie te dwa elementy sprawiły, że wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej...

Wydawnictwo Albatros, maj 2010
ISBN: 978-83-7659-069-1
Liczba stron: 448
Ocena: 7/10

niedziela, 4 listopada 2012

Jodi Picoult - Jesień cudów

Jakiś czas temu nabrałam ochotę na zrecenzowanie książek, które przeczytałam przed założeniem bloga. Co prawda nie było tego zbyt wiele, jednak to właśnie one sprawiły, że moja przygoda z czytaniem rozwinęła się na dobre i mogę być tu teraz z Wami. Wydaje mi się, że pozostaną one ze mną już zawsze i choć nie wszystkie z nich mnie zachwyciły, to uważam je za te pierwsze. Aż jestem ciekawa, czy pamiętam je tak dobrze, jak miało to miejsce przez kilku laty. 

"Jesień cudów" przedstawia nam historię kobiety, która wiedziecie szczęśliwe życie u boku kochającego męża i córki. Mariah nigdy by się nie spodziewała, że z dnia na dzień dowie się o zdradzie swojego partnera i będzie musiała rozpocząć wszystko od nowa. Głównej bohaterce dość trudno jest się pozbierać po wydarzeniach, które doprowadziły do rozpadu jej związku. Oliwy do ognia dolewa sytuacja, w której samotna matka zauważa dziwne zachowania swojej pociechy. Faith zaczyna bowiem prowadzić konwersacje z wyimaginowaną przyjaciółką i wykazuje tajemnicze zdolności uzdrowicielskie. Niespodziewanie na jej ciele zaczynają pojawiać się również stygmaty, które wywrócą ich życie do góry nogami, a o prywatności będą mogły tylko pomarzyć. Jak zakończą się losy Maiah i Fith? Czy Colinowi uda się pozbawić swoją byłą żonę praw do opieki nad ich córką? Jak rolę odgrywa w tym wszystkim prezenter telewizyjny, Ian Fletcher?

Przez kilka ostatnich miesięcy nie byłam pewna czuć, które pozostały we mnie po przeczytaniu tej książki. Co prawda bardzo mi się ona podobała, jednak była szczerze przerażona zachowaniami ludzi, którzy raz po raz pojawiali się w życiu głównej bohaterki. Przedmiotowe traktowanie siedmioletniego dziecka, jako własności ludu było ponad moje siły i myślałam, że nie wytrzymam kilku kolejnych stron. Ze wszelkich sił starałam się zrozumieć postępowanie ludzi, którzy tak licznie gromadzili się pod domem Mariah  i pragnęli aby jej córeczka uzdrowiła ich bliskich. Każdy z nich pragnął dostąpić błogosławieństwa z rąk Faith, jednak czy musieli oni ukazywać swoje uczucia w tak drastyczny sposób? Czy głównym bohaterkom nie wystarczyły ataki, których nieustannie doświadczały ze strony osób, które oskarżały je o głoszenie rzeczy nieprawdziwych? Dlaczego nikt nie próbował się odnaleźć w ich sytuacji? 

Powieść Jodi Picoult czytało się bardzo przyjemnie, choć już nie tak szybko, jak inne pozycje tej autorki. Stosunkowo ostrożnie podchodzę do książek, które w jakikolwiek sposób poruszają temat religii. W przypadku tej powieści nie miała ona aż takiego znaczenia, ponieważ pojawiło się w niej wiele innych problemów i to właśnie one zdominowały temat wiodący tego utworu. Bardzo się z tego powodu cieszę i mimo, że uważam "Jesień cudów" za jedną ze słabszych pozycji amerykańskiej autorki, to jestem w stu procentach pewna, że w niedalekiej przyszłości powrócę do tej historii i na nowo przeżyje wzloty i upadki jej bohaterów. Zachęcam do tego również osoby, którym przypadła do gustu twórczość Jodi Picoult. Nie polecałabym ją jednak osobom, które dopiero zaczynają przygodę z pisanymi przez nią książkami. Szkoda byłoby bowiem, gdybyście już na samym początku się do nich zniechęcili...

Wyd. Prószyński i S-ka, czerwiec 2007
ISBN: 978-83-7469-523-7
Liczba stron 424
Ocena: 6/10 

wtorek, 23 października 2012

I wciąż ją kocham


Czyli Sparks w kolejnej odsłonie 

"Kocham Cię, i zamierzam dopilnować, byś wywiązał się z obietnicy, którą mi złożyłeś. Jeśli wrócisz, wyjdę za Ciebie. Jeśli nie dotrzymasz słowa złamiesz mi serce" 


Dlaczego człowiek sięga po książki, które z góry wydają mu się przegrane ? Dlaczego czytamy powieści schematyczne ? Dlaczego uparcie szukamy lepszego świata w literaturze ? 
Zadaję sobie te pytania niemal codziennie, szukając na nie odpowiedzi. Czasami przez to sięgam po książki, które mam wrażenie, że nic nie wniosą do mojego życia. Sama nie wiem czy to zasługa chwili, impulsu czy może nazwiska autora. 

A może jednak znam odpowiedź ? Wkrada się na moje usta bez wysiłku, a udając, że jej nie zauważam tylko się oszukuję. Uwielbiam takie książki, uwielbiam Nicholasa Sparks'a za to co napisał. Za to, że odnajduję w nich wszystko to czego nam dziewczyną ( no dobrze mi ) brakuję najbardziej. Drugiego człowieka i wielką miłość. 

Jestem banalna ? Nie zaprzeczę, ale chyba każdy człowiek potrzebuję w swoim życiu odrobiną uczucia, magi i świadomości, że to wszystko gdzieś na nas czeka. 
To smutne, że szukam tego w książkach ? 
Dla mnie nie, bo książki mniej ranią, a bohaterowie są idealnymi ludźmi, w których szukamy wzorów. 

Swoją przygodę z "I wciąż ją kocham " ( a raczej "Dear John" bo tak brzmi oryginalny tytuł !! " ) rozpoczęłam bardzo niewinnie. Zauważyłam książkę na półce w księgarni i wiedziałam, że będzie moja. 
Jak zamierzyłam tak zrobiłam. Usiadłam w wygodnym fotelu z kubkiem gorącej czekolady i odpłynęłam. 

Co na początku mnie dotknęło ? Narracja .. nie wiem dlaczego, ale nie mogłam się do niej przyzwyczaić. Książka o miłości, ale "mówi " do mnie mężczyzna. Zobaczę w końcu świat jego oczami,. 
Wszystko zaczęło się tradycyjnie .. on i ona. Wielka miłość.. wszystko w jak najlepszym porządku i nagle .. 11 września .. 
Nie mogłam zrozumieć .. nie pojmuję do tej pory decyzji bohatera. Ja sama nie rozumiem całego zamieszania nad tą "sprawą" dla mnie od zawsze na zawsze sprawa będzie jasna. Nigdy do końca nie zrozumiem o co tam chodziło. Ale kiedy w książce główny bohater poświęca wszystko by "walczyć w imię ojczyzny" łezka zakręciła mi się w oku. Bo naprawdę nie wiem czy ja bym potrafiła. 
Można się domyślić, że wojna zmienia człowieka. Co do tego nie ma wątpliwości. Miałam tylko nadzieję, że nie zmieni uczucia.
Jak zwykle się myliłam... Sparks tak miesza w fabule książki, że czytając ostatni rozdział sama nie wiedziałam co się dzieje. 
I za to właśnie uwielbiam tego pana. Za zmienianie utartych schematów w schematy mniej schematyczne. Bo niby wszystko ma swój ustalony porządek, ale koniec jest zawsze inny. 

Wszyscy mówią.. "Sparks to koleś który napisał kilka dobrych romansideł.. lekkich książkek" ! Zgodzę się z tym, ale dodam .. i co z tego ? Skoro ludzie tak bardzo potrzebują takich historii w szarym świecie. Potrzebna nam nadzieja, a "Dear John" właśnie nam ją daje. 

Czy powinnam wspomnieć o filmie ? W którym głowne rolę gra Channing Tatum i Amanda Seyfried  ?Czy ktoś o nim nie słyszał ? 
Film to film .. usiłowanie przekazania nam treści książki w kilka godzin. Nie wymagam nigdy zbyt wiele. Ale dziękuje twórcom za pokazanie mi życia bohatera gdy walczył za ojczyznę. Bo zdecydowanie to najtrudniej było mi sobie wyobrazić. 
Dziękuje też za świetne dobranie głównych bohaterów. Czy was też urzekły proporcje między nimi ? Czy John sprawiał wrażenie opiekuna Savannah ? 

Polecam i książkę i film ... dlaczego ? Bo daję nadzieję, że prawdziwa miłość istnieje, bo sprawia, że mimo wszystko się uśmiechniemy. Bo książka nie wymaga zbyt dużo .. jest po prostu doskonałym rozwiązaniem na jesienne wieczory. A film to dobra rozrywka nie tylko dla romantycznych kobiet. 

Książka : I wciąż ją kocham Nicholas Sparks wyd. Albatros 2010 
Film :Wciąż ją kocham (2010) reż Lasse Hallström
_____________________________________________

niedziela, 21 października 2012

Nicholas Sparks - List w butelce

Zastój czytelniczy sprawił, że coraz częściej zaczęłam sięgać po filmy, które już od dłuższego czasu zgromadziłam na swoim komputerze. Takim właśnie sposobem trafiłam na ekranizację książki pt.: "List w butelce", której autorem jest amerykański pisarz Nicholas Sparks. Muszę przyznać, że nie od razu przekonałam się do opowieści, która została mi zaproponowana przez twórców filmowych. Byłam święcie przekonana, iż będę miała do czynienia z dość przeciętną historią, która została odegrana przez grupkę aktorów, którzy nie mają zielonego pojęcia o swojej profesji. 

Na całe szczęście, rzeczywistość okazała się zupełnie inna i z wielką przyjemnością, zabrałam się za poznawanie losów Theresy i Garretta. Nic więc dziwnego, że po kilkukrotnym obejrzeniu tego filmu, nabrałam ogromną ochotę na osobiste obcowanie z książką, na podstawie której powstała moje aktualna obsesja.

Theresa Osborne to trzydziestosześcioletnia kobieta, która po rozstaniu z mężem, samotnie wychowuje nastoletniego syna. Wydarzenia z przeszłości nie pozwalają jej na ponowne ułożenie sobie życia i w związku z tym, postanawia skupić się wychowywaniu dziecka i na wymarzonej pracy. Podczas wakacji spędzonych nad zatoką Cape Cod, bohaterka natrafia na butelkę, która po wielomiesięcznej tułaczce na morzu, pojawiła się na tamtejszej plaży. Niespodziewanie odnajduje w niej list, który przyczynia się do rozwoju wydarzeń, o których Theresa nie śmiała nawet śnić. Jak dalej potoczą się losy błyskotliwej dziennikarki? Czy uda jej się odnaleźć mężczyznę, który tak bardzo ją zaintrygował? Jakim człowiekiem okaże się Garrett?

"List w butelce" to powieść, która wywarła we mnie dość pozytywne uczucia. Bardzo szybko okazało się, że znacznie się ona różni od swojej ekranizacji, jednak nie miałam większego problemu by odnaleźć się w świecie przedstawionym mi przez Nicholasa Sparksa. W żaden sposób nie przeszkadzały mi rozbieżności, z którymi przyszło mi obcować, a muszę przyznać, że zdarza mi się to stosunkowo rzadko. Bohaterowie stworzeni przez amerykańskiego autorka być może i byli nieco wyidealizowani, jednak czy nie tak to wygląda w większości utworów romantycznych? Amerykański pisarz stworzył niezwykłą historię, która oparta została na cierpieniu osób, które odnalazły szczęście u boku ludzi, którzy posiadają podobny bagaż doświadczeń. Wielu czytelnikom wydaje się nieprawdopodobne, że poznana w tej książce historia mogłaby mieć rację bytu w otaczającej nas rzeczywistości. Nikt jednak nie spojrzy na to z nieco innej perspektywy... Czy w naszym życiu nie przytrafiają nam się sytuacje, które dotychczas uważaliśmy za równie niespotykane?

Zdaję sobie sprawę, że w mojej dzisiejszej opinii brakuje ładu i składu, ale do tej pory nie mogę się otrząsnąć po sporej dawce emocji, których dane mi było doświadczyć podczas lektury tego utworu. Co prawda jestem na samym początku poznawania twórczości Nicholasa Sparksa, jednak już teraz uważam, że posiada on spory potencjał i nie bez powodu jego książki są aż tak lubiane.  Być może nie nadają się one do czytania dla miłośników bardziej ambitnej literatury, a także mężczyzn, ale z całą pewnością stanowią doskonałą odskocznię od otaczającej nas rzeczywistości. 

Wydawnictwo Albatros, luty 2008
ISBN: 9788373596344
Liczba stron: 328
Ocena: 7/10 




Jodi Picoult - Świadectwo prawdy

Pisałam o tej książce już wiele miesięcy temu. Było to na początku mojej blogowej kariery, gdy opinie na temat przeczytanych utworów nie były dłuższe, niż 3-4 sklecone po chińsku zdania. Gdy patrze na nią z perspektywy czasu, to jestem niemalże pewna, że teraz nigdy bym już czegoś takiego nie opublikowała. Zdaje sobie sprawę z tego, że i nie teraz nie wszystko jest idealnie i mogłabym poprawić jeszcze wiele rzeczy, jednak najważniejsze jest to, aby robić to co się lubi. Cała reszta przyjdzie z czasem.

"Świadectwo prawdy" opowiada swoim czytelnikom historię Ellie Hathaway - czterdziestoletniej pani adwokat, która znalazła się przed największym wyzwaniem swojego życia. Nie mając innego wyjścia, postanawia wziąć sprawę osiemnastoletniej Katie Fischer, która jest podejrzana o zabójstwo niemowlęcia, którego na domiar złego była matką, a bynajmniej tak sądzi wymiar sprawiedliwości i osoby odpowiedzialne za zbieranie dowodów przeciwko niej. Tymczasem dziewczyna do niczego się przyznaje, a z biegiem czasu zaczyna się gubić we własnych zeznaniach. Zadanie przed którym stanęła mecenas Hathaway, nie należy do najłatwiejszych. Nie chodzi tu tylko o kwestie związane z prawem obowiązującym w zamieszkałym przez Katie stanie. W tym momencie liczy się również fakt, że oskarżona przynależy do społeczności Amiszów, która nie należy do najłagodniejszych, jeśli chodzi o stosunki z ludźmi z zewnątrz. Podobnie jest zresztą z przekonaniami, jakie panują wśród ludzi, którzy urodzili się w tego typu rodzinach. Czy Ellie uda się więc pomóc swojej klientce? Czy to ona dopuściła się czynu karalnego, a może sprawdzą zabójstwa był ktoś zupełnie inny? Jak zakończy się ta zaskakująca opowieść?

Muszę przyznać, że jest to moja ulubiona książka amerykańskiej autorki i chyba już nigdy się to nie zmieni. Nie oznacza to jednak, że Jodi Picoult nie posiada równie wybitnych dzieł. Moim zdaniem jest ich naprawdę wiele, a "Świadectwo prawdy" podbiło moje serce z kilku powodów. Szczerze mówiąc jest to jeden z pierwszych utworów tej pisarki, z którym dane mi się było zapoznać i który utwierdził mnie w przekonaniu, że inwestycja w jej twórczość, zaowocuje w przyszłości. Od zawsze jestem miłośniczką poznawania nowych kultur. Nigdy wcześniej nie spotkałam jednak społeczności, która byłaby ze sobą zżyta aż tak bardzo i potrafiłaby się obejść bez wielu udogodnień. Wielu z nas (zwłaszcza tych zamieszkujących miasto), nigdy nie dałaby sobie rady będąc na ich miejscu. Podejrzewam nawet, że nie wyraziłaby chęci na to, aby spędzić chociażby tydzień w wiosce Amiszów. Podobnie zresztą byłoby także w drugą stronę, choć zdarzają się również przypadki, że Amisze pragną żyć nieco inaczej, niż tak jak było im to wpajane od wczesnego dzieciństwa. 

Niektórzy czytelnicy uważają "Świadectwo prawdy" za monotonną i zarazem bezsensowną książkę, która obraża oczernia, opisywaną w niej społeczność. Osobiście nie odniosłam takiego wrażenia, a wręcz przeciwnie. Jodi Picoult po raz kolejny wykazała się znajomością tematu i dzięki temu, całość tego utworu jest jak najbardziej rzetelna. Niemalże na każdej stronie dowiadujemy się czegoś więcej o ludziach, którzy żyją w zupełnie innej kulturze, a także posiadają odrębny system wartości. Dlatego właśnie uważam, że powinniśmy być otwarci na tego typu pozycje literackie. To właśnie one sprawiają, że stajemy się otwarci na szeroko pojętą odmienność, której w dzisiejszym świecie nie brakuje. Jeśli zaś chodzi o samą zagadkę kryminalną, to muszę przyznać, że stała ona na naprawdę wysokim poziomie. Amerykańska autorka w sposób idealny stopniowała emocje, których tak szybko się nie zapomina. Mam nadzieję, że również i na Was wywrze ona podobne wrażenie.

Wyd. Prószyński i S-ka, czerwiec 2006

ISBN: 978-83-7648-212-5
Liczba stron: 439
Ocena: 9/10 

poniedziałek, 15 października 2012

"W imię miłości" Jodi Picoult



Czasami trzeba bardzo uważać jaką książkę bierze się po tej, którą się właśnie skończyło. Na przykład, kilka lat temu po lekturze „Trzy” Dekkera, „Emma i ja” Flock była dla mnie do bólu przewidywalna, a na pewno po przeczytaniu czegoś innego podchodziłabym do niej inaczej. Tak, kolejność książek, po które sięgamy jest bardzo ważna. Dlatego czytanie „W imię miłości” Picoult po „Skrzywdzonej” nie było dobrym pomysłem. Ale po kolei.

Pewna pani prokurator, w odległej krainie zwanej USA (konkretnie, w Nowej Anglii, jak zawsze u Picoult) zajmowała się głównie sprawami molestowania dzieci. Częstotliwość stykania się z takimi rodzinnymi tragediami zdążyła już ją nieco znieczulić na to, przez co przechodzą dzieci i rodzice. Jej życie wydawało się idealne – mąż, synek, praca, przyjaciel. Wspaniale. Niestety, któregoś dnia okazało się, że jej synek Nathaniel był molestowany. Ale jak to? Kiedy? Przez kogo? Zaczęła się ostra jazda bez trzymanki. Jazda, która doprowadziła do tragedii w sądzie – Nina, matka nie mogąca sobie poradzić z traumą molestowanego dziecka popełniła straszne przestępstwo.


Więcej na moim blogu - TUTAJ.
Zapraszam.